Jarosław Bester to akordeonista, kompozytor, lider zespołu Bester Quartet, który gościł we wtorek (26 marca) w Instytucie Muzykologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Spotkaniu towarzyszył koncert gry na akordeonie, a niespodzianką okazał się przedpremierowy odsłuch jednego z utworów z nadchodzącej płyty The Golden Land, która ukaże się w czerwcu tego roku.

Artysta opowiedział o tym dlaczego zajął się muzyką klezmerską, co skłoniło go do zmiany nazwy zespołu, a także co usłyszymy na nowej płycie.

Joanna Tejchma: Jest Pan akordeonistą wykształconym klasycznie, po akademii muzycznej.
Skąd inspiracja, aby zająć się muzyką klezmerską?

Jarosław Bester: Nie wiem czy to była inspiracja czy może naturalna droga, ponieważ duża część literatury akordeonowej opiera się na muzyce ludowej. Akordeon jest stosunkowo młodym instrumentem, który powstał w XIX wieku i przez większość lat jego istnienia przeważa wykonawstwo melodii ludowych. Akordeon bardzo szybko się rozpowszechnił i stał się popularny w wielu krajach Europy i świata. Były to miejsca gdzie muzyka bałkańska i klezmerska nadal żywo występowała.
Mnie interesowała zarówno ta i ta, dlatego odnalazłem się w tych nurtach. Warte zaznaczenia jest to, że dopiero w latach 90. te gatunki stawały się coraz bardziej popularne. Kiedy powstał nasz zespół, czyli w 1997 roku kapel klezmerskich w Polsce było bardzo mało. Krakowski Festiwal Kultury Żydowskiej z pewnością znacząco przyczynił się do popularyzacji tej muzyki w naszym kraju.

J.T.: Już 3 lata po powstaniu zespołu współpraca z nowojorską wytwórnią Tzadik. Jak doszło do współpracy z Johnem Zornem?

J.B.: Był to pewnego rodzaju przypadek. Zespół w 1999 roku, w grudniu nagrał swoje pierwsze demo. Ta płyta przypadkowo trafiła do rąk Johna Zorna i stała się gotowym materiałem, który posłużył do wydania pierwszej naszej płyty – De Profundis. Początkowo nie mieliśmy zamiaru traktować tego jako materiał końcowy.

J.T.: Kolejne płyty powstawały stosunkowo regularnie. Każda płyta to wprowadzanie nowych pomysłów muzycznych. Czy muzyka klezmerska w Pana twórczości przeżywa pewien rozwój czy każdy kolejny krążek to krok oddalający od klezmerskiego grania?

J.B.: Myślę, że to jest w pewnym sensie rozwój, ale też przekształcanie pewnego rodzaju myślenia o muzyce klezmerskiej. Do niedawna była ona zasadniczo muzyką ludową, opartą na prostych układach funkcyjnych. To co ja próbuję robić można porównać do twórczości Astora Piazzoli.
Mam na myśli tango, które było dosyć proste, a on wprowadził je na sceny świata. Stąd moim marzeniem było stworzenie takiego nurtu w muzyce klezmerskiej, który niekoniecznie posłuży do zabawy, śpiewu i różnych innych celów, ale taki który będzie stricte koncertowy.

J.T.: Domyślam się, że zmiana nazwy zespołu wynikała z tego, że grana przez Pański zespół muzyka nie była już klezmerską…

J.B.: Nie była klezmerską w czystym znaczeniu. Chodziło też o to, że zespół poprzez nazwę The Cracow Klezmer Band był przyporządkowywany pewnemu rodzajowi muzyki. Ograniczało nam to możliwość tworzenia melodii bardziej odmiennych. Spotykaliśmy ludzi, którzy byli fascynatami brzmień czysto klezmerskich, a przychodząc na nasze koncerty zdarzało się, że byli zdziwieni. Część pozytywnie, a niektórzy negatywnie. Nie chcieliśmy robić zamieszania wokół twórczości naszego zespołu i zdecydowaliśmy się na zmianę. Jednak nie było to odchodzenie od klezmerstwa, jak zostało to przez wielu ludzi odebrane. To jest ten sam zespół tylko z czysto kosmetyczną zmianą. Muzycznie podążamy tą samą drogą.

J.T.: Ostatnia płyta z 2012 roku Metamorphoses to energia połączona z jazzem, klasyką, ale ciągle blisko muzyki klezmerskiej. Czy może nam Pan zdradzić jaka będzie najnowsza, tegoroczna płyta?

J.B.: Najnowsza płyta będzie poświęcona twórczości Mordechaja Gebirtiga i ukaże się w czerwcu, jak wcześniejsze także w wytwórni Tzadik. Będą to – co się rzadko zdarza – instrumentalne wersje pieśni Mordechaja Gebirtiga. Starałem się rozbudować jego utwory, niekiedy dokomponowując pewne elementy. Posłużyłem się także szerokim instrumentarium: kwartet wiolonczelowy, klarnet basowy i trąbka. To pokazuje zupełnie inne oblicze Gebirtiga we współczesnym świecie. Do tej pory Gebirtig był kojarzony z muzyką jidysz okresu wojny. Jego twórczość miała dla ludzi wielkie znaczenie.
Gebirtig zginął w getcie krakowskim, stąd też wiele jego pieśni stało się swoistym hymnem, szczególnie w trakcie II wojny światowej. Później ta muzyka, moim zdaniem była nie do końca dobrze rozumiana. Podczas gdy większość jego twórczości przypada na okres międzywojenny sporo wykonawców zastosowało filtr okresu getta, II wojny światowej przez który przepuściła jego muzykę. W ten sposób niestety cała twórczość Gebirtiga została przyporządkowana tej tragedii.
Ja chcę pokazać Gebirtiga w kontekście Polski międzywojennej, czyli czasu pokoju, kiedy tworzył obserwując swoją rzeczywistość.

J.T.: Zespół koncertuje na całym świecie. Na koncertowej mapie znajdują się największe miasta Europy i Stanów Zjednoczonych. Czym różni się tak kulturowo odmienna publiczność?

J.B.: Moje spostrzeżenia są bardzo proste. Muzyka jest tak uniwersalnym językiem, że właściwie w każdym miejscu jest bardzo podobnie odbierana. W żadnym kraju europejskim czy pozaeuropejskim nie odniosłem wrażenia, żeby publiczność pokazywała inne odczucia przy danych utworach. Oczywiście melodie bardzo głębokie powodują wzruszenie u ludzi, jeżeli tylko ktoś da się ponieść tej emocji. Zasadniczo na te same utwory ludzie na całym świecie reagowali podobnie. Mam wrażenie, że wbrew temu że jesteśmy bardzo różni kulturowo to muzyka nas łączy.

J.T.: Dziękuję za rozmowę.

Joanna Tejchma
Artykuł jest rozwinięciem materiału radiowego wyemitowanego 30 marca na antenie Radiofonii

Joanna Tejchma - allinuj.pl

Najbliższe
Koncerty