Muzycy zagrali w Synagodze pod Białym Bocianem zupełnie nowy materiał, bo też wiele się od piętnastu lat (czyli założenia zespołu) zmieniło. Constans pozostał niezwykle wyśrubowany poziom wykonawstwa, wspaniałe kompozycje i… kontrakt z wytwórnią Tzadik należącą do Johna Zorna, nowojorskiego guru muzyki współczesnej.

Magdalena Talik: Piętnaście lat temu założył Pan formację The Cracow Klezmer Band, która pięć lat temu przeobraziła się w Bester Quartet. Czy zmiana nazwy okazała się trafną decyzją?

Jarosław Bester: Nie była pochopna, to był przemyślany ruch, ale nie do końca precyzyjnie dotarliśmy do mediów, by odpowiednio przedstawiły tę zmianę. W związku z tym część ludzi nie zrozumiała sytuacji i była przekonana, że zespół przestał funkcjonować. Ale jako Bester Quartet gramy już pięć lat i publiczność powoli się oswaja, bo staramy się prezentować nowy materiał, inne pomysły, choć do tej pory nie ukazała się jeszcze żadna płyta pod nowym szyldem.

Magdalena Talik: Ale w klipie reklamującym Bester Quartet zapowiedzieliście, że nowy album to tylko kwestia czasu. Czy będzie utrzymany w podobnej stylistyce, co dotychczasowe i czy nadal nagrywacie dla nowojorskiej wytwórni Tzadik?

Jarosław Bester: Wczoraj rano dostałem informację od Johna Zorna, że przesłuchał najlepszą naszą dotychczasową płytę, a według wstępnych informacji album „Metamorphoses” z dziesięcioma utworami ukaże się w czerwcu tego roku. Jeśli chodzi o stylistykę, jakby nie patrzeć, będzie to wciąż ten sam zespół, ale z większym doświadczeniem. Kilka ostatnich lat pozwoliło nam dopracować wiele szczegółów, doszlifować kompozycje, które będą bardziej złożone i sądzę, że bardziej dojrzałe. Osobiście jestem bardzo zadowolony z tej płyty i sądzę, że słuchacze także ją docenią.

Magdalena Talik: Na waszych poprzednich krążkach inspiracją było pismo święte, fascynacja metafizyką. Jak jest w tym przypadku?

Jarosław Bester: Teraz tytuł odnosi się przede wszystkim do zmian w zespole. Zmieniliśmy nazwę, podążamy w inną stronę estetyczno-muzyczną, od dwóch lat mamy nowego kontrabasistę, który wprowadza nową jakość, tworzy inną przestrzeń.

Magdalena Talik: Kiedyś bywaliście nie do końca słusznie określani jako zespół grający muzykę klezmerską. A dzisiaj, jak można was scharakteryzować?

Jarosław Bester: Właściwie w ogóle nie graliśmy muzyki tradycyjnej, tylko pierwsza płyta „De profundis” zawierała dwa takie utwory. Pozostałe kompozycje to formy ewoluujące zawierające element improwizowany, który kieruje muzykę w zupełnie inną stronę. Nie umiem jednak określić stylu, w jakim obecnie gramy, staram się to raczej wyrażać poprzez muzykę. Nie lubię etykiet, dlatego też zmieniliśmy nazwę. Wcześniej publiczność spodziewała się często po prostu muzyki klezmerskiej i bywały rozczarowania. Zanim staliśmy się Bester Quartet pytaliśmy Johna Zorna, czy taki ruch ma sens. Powiedział, że nadszedł już na to czas.

Magdalena Talik: Pamiętam, jak mówił Pan kiedyś, że wasz pierwszy album „De profundis” został wydany przez wytwórnię Zorna praktycznie w wersji demo, bez żadnych zastrzeżeń ze strony tego kompozytora i guru. Jak było tym razem?

Jarosław Bester: Żadnych poprawek. Zorn jest osobą, która albo akceptuje, albo odrzuca materiał. W naszym przypadku nigdy nie zdarzyło się, by odrzucił. W przypadku pracy z Johnem Zornem trzeba się starać tworzyć bardzo dobrą muzykę, by go do siebie przekonać.

Magdalena Talik: Między waszym ostatnim krążkiem „Remembrance”, a nowym „Metamorphoses” jest spora przerwa. Tylko z powodu zmiany nazwy?

Jarosław Bester: W pierwszej fazie specjalnie chciałem zespół odciążyć od nagrywania płyt, aby dało się trochę koncertować, nabrać nowych doświadczeń, aby płyta była bardziej dojrzała. Trochę się to przeciągnęło, nowy kontrabasista Mikołaj Pospieszalski musiał się przyzwyczaić, a kolejnym ważnym elementem było znalezienie odpowiedniego studia, które da zarówno komfort, jak i stuprocentową niemal pewność, że materiał będzie świetnie zarejestrowany.

Magdalena Talik: Na poprzednich płytach występowali gościnnie zaprzyjaźnieni artyści, teraz także przewidujecie takie kooperacje?

Jarosław Bester: Jak najbardziej. Znaleźliśmy trębacza z Gdańska, Tomka Ziętka, pracował wcześniej choćby z Wojciechem Mazolewskim. Ważne jest, by nie tylko wyławiać najlepszych spośród bardziej znanych, ale także promować młodych, którzy mają coś do powiedzenia.

Magdalena Talik: We Wrocławiu zagracie dziś w Synagodze pod Białym Bocianem. To dla was miejsce istotne, wracaliście tu wielokrotnie i zawsze był klimat, w Filharmonii Wrocławskiej było o niego kiedyś trudniej.

Jarosław Bester: Nam są pewne miejsca przypisane. Jeśli coś jest sprawdzone trzeba się tego trzymać, bo jest to muzyka, która faktycznie ma dawkę emocjonalną i wtedy można stworzyć zupełnie inną aurę. Filharmonia ma zwykłą salę koncertową, w której zespoły naszego formatu różnie brzmią i przychodzi także odmienna publiczność, bardziej ceniąca klasykę. Mimo to, nie zdarzyło się jeszcze, by ludzie wychodzili niezadowoleni. Atmosfera udziela się z reguły wszystkim.

Magdalena Talik - kreatywnywroclaw.pl

Najbliższe
Koncerty