Wydaliście już siedem płyt w prestiżowej nowojorskiej wytwórni Johna Zorna Tzadik Record. Ostatnia, „Metamorphoses”, jest przełomowa, prawda?

To pierwsza płyta pod nową nazwą zespołu – Bester Quartet. Faktycznie ona dość mocno odbiega od tego wcześniejszego, klezmerskiego brzmienia naszego zespołu The Cracow Klezmer Band. Bardziej idzie w stronę muzyki klasycznej, momentami ociera się o awangardę, jak również o elementy jazzowe. Jest tam oczywiście skala, która nawiązuje do muzyki klezmerskiej, ale to tylko odniesienie bardziej duchowe niż czysto muzyczne. Tak. To moim zdaniem płyta przełomowa, pokazująca, w którą stronę zespół w najbliższych latach będzie podążał.

Porozmawiajmy o nowych projektach.

W tym roku faktycznie produkcji będzie więcej niż zazwyczaj. Po pierwsze postanowiliśmy na polski rynek wypuścić DVD nagrane w Filharmonii Narodowej. W tym roku ukaże się też płyta z orkiestrą smyczkową. Wiosną – z muzyką Gebirtiga w moich aranżacjach.

Mordechaj Gebirtig to niedoceniony krakowski bard.

I tak, i nie. Ma dużą grupę fanów na świecie. Choć odnoszę wrażenie, że został źle odczytany przez współczesnych odbiorców, ponieważ jego twórczość jest wykonywana przez pryzmat holocaustu. Moim zdaniem to błąd, bo jednak większość jego twórczości przypada na czasy międzywojenne.
Mam nadzieję, że nasza płyta pokaże jego możliwości.

Swoistym fenomenem jest wasza popularność na Bałkanach. Z czego ona się bierze?

Być może z tego, że w naszej muzyce jest sporo elementów zaczerpniętych z muzyki bałkańskiej. Dosyć często pojawiają się u nas bałkańskie akcenty, nieparzyste rytmy…

Ale zachwyciliście też kilka lat temu amerykańską publiczność. To prawda, że każdy koncert na waszym tournée po USA kończył się owacją na stojąco?

Tak. W każdej części świata nasz zespół – mówiąc brzydko – się sprzedaje. Na czym polega fenomen waszego powodzenia i tego, że pod różnymi szerokościami geograficznymi ludzie rozpoznają waszą muzykę jako własną? Staramy się grać od serca. Ta muzyka nie jest stworzona na zasadach czysto komercyjnych. Jeśli muzyka nas cieszy, to dopiero wtedy możemy ją sprzedawać jako tzw. produkt. Poza tym staramy się być skromni. Publiczność to czuje.

Co mnie urzeka w waszej muzyce, to niezwykła uroda melodii. Idąc tropem melodii, można u was znaleźć i kujawiaka, i cygańską rzewność, i melodyjne żydowskie tematy. Jak to możliwe, że to wszystko razem ze sobą się zgadza?

Koncepcja kompozycyjna, którą zazwyczaj narzucam, to jedna rzecz. Ale w naszym zespole każdy ma silną osobowość. Jesteśmy jednak na tyle zaprzyjaźnieni, że te osobowości „pomagają” w tworzeniu tak różnych odcieni muzycznych. Stąd można czasami usłyszeć specyficzne, cygańskie naloty, które się biorą choćby ze specyficznego brzmienia skrzypiec Jarka Tyrały. Mamy też w zespole Olega Dyyaka, który jest z Ukrainy, ale ma polskie korzenie i wnosi trochę zaśpiewu wschodniego.
Mikołaj Pospieszalski dodaje świetne jazzowe brzmienie kontrabasu, przez co nadaje muzyce dużego „ruchu”. Natomiast ja wprowadzam więcej elementów wirtuozowskich.

Jak udaje się Panu zachować balans między dyscypliną, bez której nie ma wirtuozerii, a szaleństwem, które jest w tych unisonach, skrzypcowo – akordeonowych odlotach czy dźwiękach tworzonych przez Jarka Tyrałę, który rwie włosy na smyczku?

To efekt wspólnej drogi, wspólnego zgrania się. Gramy ze sobą już szesnasty rok. I co jest ważne – coraz bardziej chce nam się grać.

Jak Pan sądzi, jak przebiegałaby wasza droga, gdybyście opierali się tylko na tym, co można zrobić w Polsce? Gdyby John Zorn ze swoją wytwórnią Tzadik Record was nie dostrzegł?

Zespół długo by nie trwał. Składałem w Polsce wiele propozycji, które były zazwyczaj odrzucane. Słyszałem często, że to fajna muzyka, ale niekoniecznie dobra na współczesny czas. Później się okazało, że po wydaniu płyty w Nowym Jorku ci sami ludzie w Polsce chcieli nas kupować.
To dziwne, że aby w Polsce można było zaistnieć, trzeba najpierw wydać płytę w Stanach Zjednoczonych.

Jan Pospieszalski - Gazeta Polska Codziennie

Najbliższe
Koncerty